czwartek, 15 lutego 2018

HOLANDIA - luty 2018


HOLANDIA - luty 2018


Nie ma to jak podróże. Podróże kształcą. Czasem boleśnie. Zresztą zależy co kogo boli. 
W lutym zaczął się planowany od od kilku tygodni  pobyt w Holandii. Pora niezbyt szczęśliwa. Zimno. Plany wielkie. Realizacja jak to czasem bywa skromniejsza.  Ale od początku. W tanich liniach lotniczych zamówiliśmy bilety. Konkretnie w liniach Wizzar. Z Poznania do Eindhoven. Pobyt tygodniowy. Bilety stosunkowo nie drogie. Kosztowały 290 zł od osoby tam i z powrotem. Zaraz po zakupie i wydrukowaniu kart pokładowych okazało się że zaproszeni jesteśmy na dwa tygodnie,a nie na tydzień. I z powodów osobistych (urlop) dobrze by było abyśmy przesunęli naszą wizytę o tydzień do przodu. 
Nie ma problemu - pomyślałem. Zamówimy nowe bilety a tamte zapłacone odmówimy i linie lotnicze zwrócą nam pieniądze. Mają w końcu jeszcze miesiąc na sprzedanie tych biletów a rezygnacja była dwa dni po zakupie. 


Nic bardziej mylnego.
Pan w informacji wysłuchał mojej decyzji o rezygnacji. Zapewnienie że już wykupiłem bilety w tej samej linii z terminem o tydzień później. I mimo tego że mieliśmy wykupiony bilet z ubezpieczeniem  na wypadek rezygnacji z powodów osobistych pieniędzy nam "kasa biletowa" nie wypłaciła. Ubezpieczenie obejmuje tylko chorobę z pobytem w szpitalu. Wtedy zwracają pieniądze za nie wykorzystany lot. 
Tak że rada dla czytających. Kupując w tanich liniach bilet trzeba dobrze przeczytać regulamin. Trzeba też wiedzieć że wykupując bagaż dodatkowy płaci się prawie połowę wartości biletu. A życzenie miejsca przy oknie następne ze 150 zł. Tak że w sumie bilety kosztowały nas (te drugie bilety na późniejszy lot) kosztowały nas koło 1000 zł.
Ale co tam. Lecimy. Lot super. Żadnych niespodzianek. W Eindhoven  przylecieliśmy planowo. Budynek lotniska nie za duży. Odebraliśmy bagaże i cali szczęśliwi poszliśmy przywitać wychodzącą nam na spotkanie rodzinę.

Jesteśmy w Holandii. Ja jestem zachwycony Unią Europejską. Zachwycony jestem tym, że z dowodem osobistym lecę do obcego kraju tak jakbym jechał do sąsiedniego województwa.
Jeszcze tylko ta strefa EURO.  Za każdym wyjazdem kłopot - trzeba wymienić zł na euro. I za każdą wymianą za 500 zł coraz mniej tych euro jest.
Pierwsze wrażenia z Holandii. Jest równo i geometrycznie. I trochę za sterylnie.  Co trochę na polach kanały, rowy odwadniające.  Na rzekach płynął barki . Ruch na tych rzekach jak na autostradzie. 
Przylecieliśmy w lutym. Jest zimno - tak koło 5 stopni. Przejeżdżamy przez wioski. Z żadnego komina nie leci dym. Wszyscy ogrzewają mieszkania prądem lub gazem. Żadnego smogu tak u nas popularnego. Żadnych też krzaków, zarośli. 
Jesteśmy na miejscu. Holenderska wioska. Zabudowa typowa dla Holandii. Domy z cegieł w zabudowie szeregowej. 


W całej wiosce chodniki asfaltowe, ścieżki najczęściej też. Domki  jednopiętrowe z poddaszem do zaadaptowania. Drogi dojazdowe do pól tez równiutkie i wyasfaltowane.



                       Przycięte drzewa  i powiązane gałęzie. Zazielenione drzewa są "płaskie"

Jak to jest z tymi domkami. W tej konkretnej sytuacji młodzi Polacy mieszkający kilka lat w Holandii otrzymali od Holenderskiego Państwa mieszkanie komunalne. Mieszkanie bez podłóg, wymagające wytapetowania i pomalowania. Mieszkanie na parterze z kuchnią i dużym salonem. Ubikacja. Na piętrze - trzy pokoje i duża łazienka z ubikacją. Na poddaszu - strych do zagospodarowania z podłączoną wodą i kanalizacją. Ogrzewanie gazowe. Każdy mieszkaniec od zaplecza ma maleńką działkę i drewnianą komórkę gospodarczą na rower, sprzęt ogrodniczy itp. Mieszkanie oczywiście niepodpiwniczone.  Kuchnia łazienka i ubikacja funkcjonalna z chwilą wprowadzenia.

Pobyt w Holandii to oczywiście wiatraki. Oczyma wyobraźni widziałem tych wiatraków szeregi. W okolicach  Zoelen był jeden. Ładny stary wiatrak. W sąsiedniej następny. Tak że wiatraków i kanałów  dużo.  Wędkarzy nie widziałem. Z ciekawostek które widziałem pierwszy raz w życiu to był samoobsługowy warzywniak. Ceny przy każdym okienku. Jedno wejście na monety.



Ten "warzywniak ustawiony był przy drodze" we wsi dla lokalnych mieszkańców.  
Mieszkańcy wiosek przy swoich posesjach przy drodze w sezonie ogrodniczym wystawiają przed domem swoje produkty do sprzedaży. Np siatkę jabłek, woreczek orzechów czy koszyk truskawek. Jest cennik i pojemnik na monety. Przejeżdżasz - chcesz kupić jabłka. Płacisz odliczone kilkadziesiąt euro centów i zabierasz np jabłka czy cebulę .  



Trochę jeździłem po okolicy samochodem. Po Polsce jeżdżę wolno, tym bardziej w obcym kraju. Tylko zgodnie z przepisami albo troszkę wolniej. W Polsce wyprzedzają mnie prawie wszystkie samochody. W Holandii dokładnie nikt. Wszyscy jeździli tak jak  wskazują znaki drogowe i przepisy ogólne.

Będąc niedaleko trudno było nie pojechać do miejscowości Arnhem  gdzie polscy żołnierze we wrześniu 1944 roku walczyli o wyzwolenie tego miasteczka. Jest tam lokalne muzeum poświęcone właśnie tym wydarzeniom.
Wypad do muzeum bardzo interesujący. Zdecydowana wada tego muzeum - brak napisów po polsku. Jest to muzeum poświęcone w znacznej mierze udziałowi Polskiej jednostki wojskowej w wyzwoleniu miasteczka a napisów, plansz informacyjnych po Polsku nie ma.  Uważam że wszędzie tam gdzie są miejsca upamiętniające pobyt Polaków powinno być napisane też i po polsku.   Taki króciutki film  https://www.youtube.com/watch?v=Z0e3argzL3Q
                                                   
++



Takie trochę dziwne wrażenie robiły na mnie czołgi stojące przy muzeum. Człowiek wychowany na czołgu T-34 i Czterech pancernych ze  zdziwieniem  widzi inne rodzaje czołgów. 
W sumie muzeum ciekawe. Część sal jest nagłośniona i inscenizowana, tak że zwiedzający czuje się trochę jak w wyzwalanym miasteczku Arnhen.  Zupełnie inne przeżycia dla mnie  znającego głównie Polskie i Niemieckie muzea pełne dostojeństwa , ciszy i powagi.

Składany rower z epoki w muzeum.

Ładna stylowa  budka telefoniczna




W Holandii  w Arnhem są specyficzne  pojemniki na śmieci. 
Nie widziałem tam typowych kubłów jak u nas tylko wsadzone w ziemię duże kontenery z taką wysuniętą do góry sześciokątem z klapką. Śmieciarka zabiera cały kontener (powierzchnia tej karbowanej blachy) i wstawia inny.

Cały pobyt w Holandii był trochę niefortunny z powodu pogody. Najczęściej w lutym pogoda jest całkiem znośna 7 - 8 stopni. W tym roku było często poniżej zera i bardzo nieprzyjemny zimny wiatr. Do tego domownicy pochorowali się tak że plany zwiedzania legły w gruzach i szczątkowo tylko udało się je zrealizować.
Mieszkaliśmy blisko miejscowości Tiel. Takie 41 tysięczne miasteczko. Ładnie czyściutko. Jest w tym miasteczku Polski Sklep.  Ekspedientki zatrudnione to Polski. Właściciel Turek. Same polskie produkty. Sklep duży samoobsługowy. Taki Polski market. Czułem się w tym klepie jak na terytorium Polski.. Większość kupujących to Polacy, chociaż coraz częściej kupowali w Polskim sklepie i Holendrzy i mieszkańcy Tiel innych narodowości.  Bo trzeba wiedzieć że Holendrzy przyjęli do swojego kraju emigrantów  głownie z Syrii w ilości koło 250 tysięcy. Następną nacją tak liczna są Polscy -160 tysięcy. Można? Można. Tak przypominam - Polska nie przyjęła nikogo. Kiedyś nam Polakom inne narody to wypomną. Holandia miała  16 milionów mieszkańców przed falą emigracji.
Ładne miasteczko.  Oczywiście są tam tzw Coffeschop. Kupisz tam zupełnie legalnie marihuan. Dosyć drogo chyba - 1 gram 7,5 Euro. Starczy na dwa papierosy. 
Popłynąłem też promem przez rzekę Waal. Nie po to abym coś na drugim brzegu potrzebował. Ot tak. Popłynąłem i następnym kursem miałem wracać. Ale oczywiście wybrałem się na spacer bo okolicy i na prom nie zdążyłem. Gwizdałem ponad pól godziny, marzłem i myślałem. Przeziębię się cz tez nie. Złapało mnie Bogu dzięki dopiero w Polsce.
Holendrzy są bardzo mili i uśmiechnięci. Przechodząc ścieżką często kłaniają się z uśmiechem. Bardzo miły kraj.  
Tak jak już pisałem, trafiliśmy nieszczęśliwie na chorobę naszych najbliższych. Zresztą sami tez byliśmy mocno przeziębieni. W Holandii na przeziębienie i gorączkę jest jedno lekarstwo . PARACETAMOL. I trzeba mieć dużo samozaparcia aby dostać się do lekarza. W każdym razie my po przyjeździe do Polski od lekarza dostaliśmy antybiotyk. Co kraj to obyczaj.

Samemu marnie się  chodzi po muzeach, odwiedza zamki czy stare miasta. Tak że przez kilka dni chodziłem po okolicznych nieużytkach i plażach okolicznych  zalewów rzek z wykrywaczem metalu. W Holandii wolno chodzić  z wykrywaczem. Państwo Chodząc po polu należy mieć zgodę właściciela pola. Wykopując artefakty starsze niż 1500 rok należy zgłosić to do archeologów.  Skarb który tez należy zgłosić to trzy monety w kupie. Skarbu nie wykopałem. Na plaży kilkadziesiąt Eurocentów i kilkadziesiąt centów jeszcze z przed Euro. 
Pole po którym chodziłem to porażka. Ziemia gliniasta przyklejała się do butów i łopaty.
Po przejściu po polu  20 metrów byłem wyższy o 6 cm i cięższy o kilka kilogramów.  Po holendersku miałem napisaną karteczkę dla ewentualnego gospodarza  że nie umiem po holendersku i przepraszam za wtargnięcie na pole. 

AMSTERDAM

Plan był taki. Jedziemy rano samochodem do Amsterdamu. Zwiedzamy. Jedziemy potem nad morze. Plany szlag trafił. Z duszą na ramieniu stwierdziłem że do Amsterdamu pojadę pociągiem.  Zobaczę kawałek. Pojadę metrem i wrócę do Tiel.
Z Tiel do Utrechtu. Z Utrechtu do Amsterdamu. Bilety kupiłem w Tiel do Amsterdamu  w automacie. Oczywiście pomyliłem kierunki i wsiadłem do pociągu jadącego w przeciwnym kierunku. Dobrze że ten pociąg długo stał na peronie bo doczytałem się na planszy kolejnych stacji że do Utrechtu to na pewno nie dojadę.
Wysiadłem w popłochu i za moment przyjechał z przeciwnego kierunku właściwy pociąg. Dobrze że się w miarę szybko zorientowałem. Do Utrechtu bez problemu dojechałem. Tam trzeba się było przesiąść na pociąg do Amsterdamu. Na dworzec główny.
Dworzec w Utrechcie wielki. Znalazłem peron i tor gdzie stał już pociąg do Amsterdamu. Przy peronie stal młody człowiek chłopak kilkunastoletni. Spytałem z pytającym akcentem - "Amsterdam" pokazując na wagon przy którym staliśmy. A chłopak czystą polszczyzną mówi - Tak, tak proszę wsiadać. Pociąg zaraz odjeżdża. Kto by przypuszczał. Okazało się ze jego mama wyszła za Holendra ale kultywuje w domu rodzinnym polskie tradycje stąd też znajomość Polskiego.
Dojechaliśmy. Zimno. Wieje trochę. Od tych Amsterdamskich kanałów ziąb. Wyszedłem z dworca. Upewniłem się najpierw jak wygląda droga powrotna. Miałem z 6 godzin na chodzenie po Amsterdamie.
Jeden z Amsterdamskich kanałów. Zdjęcie robiła mi uśmiechnięta Japonka. 
Przeszedłem z dwa kilometry ulicą w jedną stronę i ze dwa z powrotem. Wąska ulica. Stare budownictwo. Wszedłem do kawiarenki na kawę i jakąś bagietkę. 
W  Amsterdamie  stare przedwojenne domy są pochylone do płaszczyzny jezdni o kilka stopni. Innymi słowy budowane są jako krzywe. Przy więźbie dachowej zamocowany jest wysięgnik lub kilka. Jest to swoisty dźwig przy pomocy którego mieszkańcy tych starych domów mogą wciągać nowe meble lub usuwać wysłużone meble czy sprzęt AGD. Powód prozaiczny. Grunt jest bardzo drogi i mieszkańcy mają większe mieszkania kosztem bardzo wąskich klatek schodowych.
Widać to zresztą na zdjęciach.



Holendrzy mieszkają też w barkach cumujących przy brzegu kanałów, Mieszkania ponoć bardzo duże i fajne.  

Na placu blisko pałacu królewskiego

Chodziłem trochę po tym Amsterdamie.  Zrobiłem sobie kilka zdjęć ze śmiercią i innymi strasznymi postaciami.

Gdyby było trochę cieplej była by to fajna wycieczka. A tak to taka sobie.

ROWERY.

Jak to się pozmieniało za moich czasów począwszy od lat 60 ubiegłego wieku. Rowerem jeździły dzieci, nastolatki i sportowcy. We Wrocławiu w latach 70 mało kto z dorosłych jeździł rowerem. Po wsiach mieszkańcy wsi jeździli na zakupy. Do najbliższego sklepu było daleko. Słyszało się o Holandii że tam ludzie jeżdżą rowerami. Ale to była tak daleko i tak mało realne żeby to zobaczyć. I proszę. Jestem. Widzę.  Dziesiątki rowerzystów w mieście. Parkingi tylko dla rowerów. Parkingi a jakże PIĘTROWE.

W Berlinie będąc kilkukrotnie widziałem po ulicach jeżdżących rowerzystów. Ale w Holandii. Strasznie dużo. I przypominam. Czas zimowy i naprawdę było i zimno i wietrznie.

Powoli zbliżam się do końca moich Holenderskich wspomnień. Pozostało mi metro. Metro ma dla mnie jakiś tajemniczy urok. W Polsce zawsze metro to było coś nie z naszego komunistycznego świata. Wychowany w dużym mieście nie bardzo miałem pojecie jak metro wygląda. 
Pierwsze spotkanie w metrem w Pradze.  Potem tajemnicze    S-bahny i U-bahny w Berlinie. Teraz Amsterdam. Metro to był obowiązkowy punkt wycieczki. Kilka przystanków. Wyjście na powierzchnię i z powrotem do  stacji metra i na dworzec.

Aby nie narazić się na brak biletu wykupiłem chyba za 7 euro bilet kilkugodzinny na całą linię metra. Metro w Amsterdamie jest dużo skromniejsze niż Berlińskie.   Wagoniki i stacje ładne
.



Bez przygód i bez problemów wróciłem z wycieczki do. Bogatszy o nowe doświadczenia i przekonanie że beż znajomości języka tez da radę sobie poradzić w innych krajach. Oczywiście  to zwiedzanie jest uboższe ale i tak pełne wrażeń i nauki. Wrażenia końcowe. Jest kolorowo. W Amsterdamie wszystkie możliwe  kolory skóry. Dużo ludzi młodych. Uśmiechniętych. W metrze tak jak w Berlinie. Kolorowo. I oczywiście wszyscy z telefonami w ręku.

Kilka dni później wróciliśmy samolotem do Poznania. W Poznaniu - 12 stopni Celsjusza. Wiatr, ziąb i  śnieg. Czekał tam na nas mój kolega  (jesteśmy dozgonnie wdzięczni)który odwiózł nas do domu.